No to stało się, stało, koleżanka R nas opuściła. Były łzy rozpaczy, rozdzieranie szat, wyrywanie włosów, rzewne zawodzenia, obietnice, że na mur beton kiedyś pójdziemy na piwo, że będzie pisała, każdy to przechodził, to każdy to zna. Zgodnie z konwencją tego blogu, mogę już rozszyfrować jej imię: Rowena (czyt: Rołena).
Z okazji opuszczania naszego firmowego gniazda, szef J zdecydował się na specjalny pożegnalny posiłek. Na stół powędrował polski żurek i bułka paryska. Się szybko uczą, spryciarze.
Szefowie A i J od paru tygodni próbowali znaleźć zastępstwo dla Roweny, ale póki co, to im się raczej nie powodzi. Dziewczyna, która miała zastąpić Rowenę na etacie kierownika produkcji, dzień przed rozmową kwalifikacyjną została potrącona przez autobus. Na szczęście nic sobie nie złamała, ale ma siniaki, odrapania, no i szok psychiczny. Od piątku faszerują ją walium, ma się wykurować do poniedziałku.
Milos, chłopak z Węgier, którego chcieli zatrudnić jako kamerzystę, rano, w dniu rozmowy kwalifikacyjnej, miał telefon że mu umarł ktoś z rodziny i musiał lecieć z powrotem do kraju. A szkoda, bo się cieszyłem, że będzie ktoś do pogadania, kto wie co to jest Bolek i Lolek, Armia Czerwona, kto wie, że jest różnica między rosyjskim, polskim, czeskim i bułgarskim, kto się bawił na podwórku w Niemców i Węgrów… Chociaż to ostatnie to może niezbyt szczególny przykład, właśnie sobie sprawdziłem w Wikipedii…
W każdym razie, jak widać z tego opisu, kto się zgłasza do nas do pracy, kończy marnie.
I tym optymistycznym akcentem (bądź co bądź ja już swoją rozmowę kwalifikacyjną miałem, i przeżyłem), kończę.
Najnowsze komentarze