Archiwum dla czerwiec, 2007

Lecimy

Tak, temat wpisu jak najbardziej pasuje do rzeczywitości. Kierujemy się jutro w stronę Europy, lecimy odwiedzić kraj.

To powoduje oczywiście określone sytuacje stresowe, które występują za każdym razem, gdy wyjeżdżamy, i po których za każdym razem solennie obiecuje sobię, że już nigdy więcej.

Zaczyna się zwykle, tak samo jak dzisiaj, w okolicach godziny 13-tej pytaniem, czy my mamy może wydrukowane bilety. Oczywiście nie mamy, bo bilety załatwiam ja sam, zwykle zresztą dzięki uprzejmości kolegi, którego teraz serdecznie pozdrawiam. Oczywiście nie mam podczas tego załatwiania przy sobie drukarki, więc nie drukuję. Email z biletem mam w domu, a drukarkę w pracy, więc kończy się to jak zawsze rozpaczliwym SMSem do uprzejmego kolegi w stylu Czy masz może ten bilet, co mi go przesłałeś, bo jak masz to możesz mi go przesłać jeszcze raz? Kolega jest aktualnie we Francji, my w Anglii, a bilety kupował w Polsce, więc tylko kilka rozmów międzynarodowych i aktywny udział rodziców kolegi w Polsce, i mam bilet. A to dopiero 13-ta.

Potem odbywam rozmowę z mamą, która jest mistrzem w przewidywaniu wszystkich możliwych kataklizmów w różnych wariantach i odmianach. Udało jej się zasiać ziarno zwątpienia, czy Ryanair nie zmienił czasem rozkładu lotów, bo czasami zmienia, a moja dzielna mama sprawdziła rozkład na Lublinku i wisi ten stary, ale Lublinek nie ponosi odpowiedzialności za rozkład… OK, zadziałało, miałem trzy podejścia z telefonowaniem do Ryanaira, udało się w końcu dodzwonić, pan mnie przepytał ze znajomości danych moich, Małżowiny i kolegi (łącznie z adresami email), i dowiedziałem się że… nadal mają stary rozkład. Aby do przodu.

Potem zerknąłem jeszcze dla pewności na bilet, i się okazało, że kupiliśmy bilet na 7 czerwca. A potem się okazało, że to data kupna biletu, a nie wylotu.

Była 14-ta.

Mógłbym tak opisywać dzisiejszy dzień godzina po godzinie, hocki klocki z zamawianiem taksówki, kończeniem wszystkiego na czas w pracy, odpisywaniem na tony emalii, wyjaśnianiem że mnie nie będzie, ale że wrócę, raportowaniem tych wyjaśnień, sprawdzaniem dokumentów… ale po prostu nie mam czasu. Jest 20.27 a my się nawet jeszcze nie zaczęliśmy pakować.

Na szczęście jutro będziemy już po drugiej stronie lustra, gdzie podobno jeździ się po prawej stronie, kobiety są ładne, i nie trzeba rozmawiać o tej cholernej pogodzie…

PS. To może oznaczać pewne opóźnienia w aktualizowaniu bloga, ale głowa do góry, przecież wrócimy…

Nowy jest interesujący

Rzadko na blogu bezwstydnie sprzedaję plotki o ludziach z pracy, ale tym razem jest to chyba uzasadnione. Kto wie, być może jest to mój ostatni wpis…

O nowym pracowniku będzie. Od rana miał niezłe wejścia. Zaczął od tego, że go rano w pracy w ogóle nie było. 50min po czasie zadzwonił, że się trochę spóźni. W sumie przyszedł półtorej godziny później niż powinien. Jeśli miał zamiar zrobić wrażenie pierwszego dnia w pracy, osiągnął zamierzony cel w 100%.

Jak już przyszedł, chwilkę pogadaliśmy o tym, o tamtym, trochę narzekał że jest teraz spłukany, i że za 3 tygodnie pojedzie na kilka dni na Sycylię, skąd pochodzi jego tata. Szef J trochę zbystrzał, czemu ktoś spłukany jedzie na Sycylię i zaraz wraca, więc się zapytał, czy życie jest tam tańsze, że może do rodziny jedzie, stołował się będzie po krewnych… A kolega na to:

- Nie, jeść to raczej będę w restauracjach… Mój tata ma tam sporo znajomych, to jem za darmo…

Taa… Jestem przekonany że to wszystko ma jakieś proste, całkowicie logiczne wytłumaczenie. Na pewno.

Mimo wszystko jednak, chociaż miałem dzisiaj ochotę na fish’n'chips (ryba owinięta w gazetę + frytki), wybrałem kanapkę z kurczakiem. Lepiej nie kusić złego…

Następna strona »