Moc by opowiadać, co się przez te parę dni działo, dość, że wróciliśmy.
Dzisiaj, nawet w dniu wylotu, mój dzień był jak zawsze niezwykle napięty. Najpierw krótka, na szczęście, wizyta u dentysty. Potem wyprawa do Realu, w poszukiwaniu najmocniejszej wódki w całym sklepie (na specjalne życzenie Walijczyka z mojej firmy). W poszukiwania zaangażowana została pani kasjerka, potem już także kierownik stoiska, ale powyżej 43% się nie podskoczy…
Małżowina dostała bojowe zadanie zakupu 2kg cukierków, również procentowych. Przewiezienie tego w bagażu podręcznym, szczególnie z powodu ostatnich zajść w Londynie, mogło być trudne. Ustaliliśmy więc, że w razie wpadki cały towar po prostu zjemy. Na szczęście dla naszych znajomych londyńczyków, jak i dla nas samych, żaden z celników się nie czepiał.
Oczywiście na samym lotnisku przepakowywanie bagaży, bo można mieć tylko 15kg w głównym i 10kg w podręcznym, a nigdy nie mamy z Małżowiną naszych maneli rozsądnie rozłożonych… Mogę z dumą powiedzieć, że jestem w stanie na oko rozpoznać wagę sweterka z dokładnością do 200g, a jak wezmę w rękę, dokładność wzrasta do 50g. A całkowite przepakowanie 35kg bagażu w cztery różne torby zajmuje nam mniej niż 3 minuty.
Wróciliśmy, pralka cichutko pierze, a za oknem beznamiętnie błyska sobie wieża HSBC. Przed nami kolejne miesiące w kraju, który swego czasu panował nad jedną trzecią świata, ale nadal nie wpadł na to, że można mieć jeden kran…

Najnowsze komentarze