Wczoraj odbębniłem w pracy kawał dobrej, nikomu nie potrzebnej roboty, i w ramach nagradzania siebie pozwoliłem sobie na długo wyczekiwane szaleństwo – kupuję rower!
Swego czasu w moim rodzinnym mieście poruszałem się tym środkiem lokomocji codziennie (w sezonie ciepłym, rzecz jasna). Do dzisiaj po rodzinie krąży opowieść o tym, jak pewnego dnia przyszedł do mnie polecony… z mandatem za przekroczenie prędkości. To było dosyć zastanawiające, tym bardziej że nie mam prawa jazdy, więc jedynym podejrzanym był rower. Na odpowiedź czekały dwa pytania:
a) jakim cudem przekroczyłem prędkość jeżdżąc rowerem? Może powinienem przejść na zawodowstwo?
b) jak policja skojarzyła mój adres ze zdjęciem z fotoradaru? Po twarzy?!

Na zdjęciu: wyobraźnia mojej mamy.
Oczywiście okazało się, że po prostu pracownik firmy, w której pracowałem, przekroczył prędkość, a samochód był przy okazji rejestrowany także na mnie. Zagadka rozwiązana.
Długo dzisiaj wybierałem mojego krążownika szos, i wybór padł na kompromisowe rozwiązanie pomiędzy wagą roweru, jego ceną, oraz wygodą jeżdżenia. Jak się można spodziewać, kompromis ten powoduje, że rower nie jest ani lekki, ani tani, ani wygodny. Ale ma jedną niebotyczną zaletę – jest mój. A zasadzie będzie, jak już go kupię.

Model, który kupuję. Oczywiście czarny.
Rower jest śliczny, i zgodnie z dokumentacją producenta, czas składnia i rozkładania roweru to 30s. Czas ten jest realny do osiągnięcia, ale nie polecany.
Przy okazji zrobiłem komputerową symulację mnie samego na moim Demonie Prędkości:

O tym, jak się jeździ po lewej stronie ulic – już niedługo… :)
Najnowsze komentarze