Dzisiaj niestety deszcze, które przechodzą ostatnio przez Anglię, zalewając ją totalnie, dotarły do Londynu. Sytuacja nie jest jakoś specjalnie wesoła, bo jak ostatnio czytałem, brakuje zaledwie cala wody, żeby Tamiza zaczęła podmywać zachodni Londyn. Jak stwierdził kiedyś nasz wspólny znajomy Adaś B. (średnia 6.0. w ogólniaku), jesteśmy tak jak w akwarium, tylko odwrotnie. Woda jest na zewnątrz, a powietrze wewnątrz.
Jak przystało na prawdziwego twardziela, staram się udawać że, nomen omen, spływa to po mnie jak po kaczce. Chociaż, muszę przyznać, że wizja jazdy rowerem w deszczu nie jest szczególnie nęcąca. Największy problem z mobilizacją miałem dziś tuż przed wyjściem z pracy, gdy ulica wyglądała, jakby ktoś ogromną koszulę, wielkości Europy, przed chwilą wyprał i postanowił nad Londynem wykręcić. To mnie trochę wzburzyło. Nikt nie będzie mi dyktował, kiedy mam, a kiedy nie mam jeździć rowerem!
Ubrałem zieloną kangurkę Małżowiny, zieloną, bo moją własną, czerwoną, od mamy, trzymam na wieszaku, żeby się nie zużyła. W końcu, od mamy jest.
Spiąłem nogawki spinaczami, żeby się nie wkręcały w łańcuch, bo lubię moje zęby i nie chciałbym ich stracić. Spinacze są dwa, jeden zielony, drugi żółty, i wyglądam w nich naprawdę uroczo. Ustawiłem rower w pozycji bojowej, i ruszyłem. A potem odpiąłem łańcuch, którym unieruchamiam koła, żeby mi nikt roweru nie ukradł, i ruszyłem, tym razem do przodu.
Nie będę opisywał szczegółowo, jak się jeździ po ulicach w strugach deszczu, gdy mierzenie widoczności traci sens, kaptur na głowie skutecznie eliminuje wszystkie dźwięki z zewnątrz, a człowiek zastanawia się, czy ktoś może wymyślił już nieprzemakalne spodnie, bo jeśli nie, to właśnie ma pomysł jak zarobić miliony. Pominę opis tych pasjonujących zagadek w stylu Czy ta woda przed nami to tylko kałuża, czy niezałatana dziura albo Jak zmusić hamulce do działania, gdy są mokre. Nie będę przytaczał dowodów na to, że deszcz może rzeczywiście padać z boku, że rozbryzg, jaki robi mijający Cię samochód wjeżdżając do kałuży jest wprost proporcjonalny do jej głębokości i do kwadratu prędkości samochodu, bo są to fakty powszechnie znane każdemu rowerzyście. Pominę milczeniem zachowanie się pieszych, które, o ile zwykle można porównać do zachowania średnio rozgarniętej kury, podczas deszczu zmienia się w absolutną ruletkę. Ma się większe szanse na wygranie w bingo, niż zgadnięcie, którą kałużę pieszy przeskoczy, a którą ominie wchodząc na jezdnie.
Tylko niesamowitemu skupieniu, latom ćwiczeń na dwóch kółkach, odpowiedniemu sposobowi oddychania, przebogatemu doświadczeniu i zachowywaniu zimnej krwi w najbardziej newralgicznych momentach trasy zawdzięczam, że po tych kilkunastu minutach, po których byłem starszy przynajmniej o tydzień życia, dotarłem do mieszkania. Po drobnej szamotaninie ze specjalnym rowerowym plecakiem, który ma specjalną żółtą przeciwdeszczową nakładkę, która może i chroni od deszczu, ale przy okazji uniemożliwia dostanie się do kluczy w środku plecaka, otworzyłem drzwi, i wprowadziłem rower do środka. Powiedzmy sobie szczerze, gdy rower ocieka wodą wchodzimy na poziom nr dwa gry pt: Zachowaj palce i spokój, a przy okazji złóż rower. Ale dałem rade, a nawet powiem więcej, udało mi się wnieść go złożonego na drugie piętro, i tylko raz mi się wyślizgnął.
Potem poszedłem (już bez mojego pożeracza przestrzeni) do Tesco, gdzie kupiłem sobie suchary, bo tak tęskniłem za czymś suchym.
A potem, jak przyszedłem do domu, to się zorientowałem, że wciąż mam na nogach spinacze.
Najnowsze komentarze