A dzisiaj otwieram drzwi Małżowinie, a ona się pyta, co ja tak słabo wyglądam. Ja jej na to, że właśnie dwie minuty temu przyjechałem na rowerze. No i że miałem ciężki dzień.
Zaczęło się w okolicach 11-tej, gdy nagle zgasło światło. Jest sezon urlopowy, w firmie byłem tylko ja i Walijczyk, który akurat prowadził szkolenia. Zapanowała absolutna cisza, wszyscy zamarli bojąc się ruszyć (w sali nie ma okien, więc panowała tam ciemność doskonała). Walijczyk odczekał odpowiednią chwilę i zaczął szybko powtarzać Tylko nie wpadajmy w panikę! Tylko nie wpadajmy w panikę! Oczywiście zrozumiałem aluzję i jak skończył, drżącym głosem powiedziałem w ciemność Zawsze wyłączają światło, zanim zaatakują. Paru kursantów nerwowo się zaśmiało… Lubię Walijczyka, bo z nim takie numery przechodzą.
Ponieważ do wizyty elektryka mieliśmy ponad godzinę, Walijczyk rozgonił kursowe towarzystwo i wybraliśmy się na kawę. Po powrocie okazało się, że prąd wysiadł na całej ulicy i że nie zapowiada się, żeby awarię usunęli zbyt szybko. W firmie mamy własną serwerownię, ale przy braku prądu nie jest ona zbyt przydatna, więc mamy także zakupiony malutki serwer w USA, który został zamówiony na takie właśnie okazje. Kłopot w tym, że dysk zapasowy z aktualnymi danymi jest w gościnnej jak ciemna przestrzeń pod łóżkiem serwerowni. Poszedłem więc poszukać latarki.
Na przeciwko firmy mamy pizzerię. Właściciel, uroczy człowiek, wymienił ze mną parę poglądów na temat elektryczności, jej dostawców i ekip naprawczych. Przy okazji wyszło, że nie jestem taki specjalnie do tyłu w dziedzinie przekleństw. Latarki nie miał, ale powiedział mi, gdzie mogę ją kupić.
Do sklepu szedłem spory kawał, więc upewniłem się zakupiwszy latarkę, że producent dodał do niej także bateryjki. W firmie okazało się, że latarka nie świeci. Wtedy właśnie zacząłem się orientować, że dzisiaj nie jest mój dzień. Poszedłem więc kupić dobre baterie, na szczęście tylko do sklepiku obok. Jak wróciłem i założyłem nowe, latarka nie raczyła zaświecić. Więc chyba chodziło tu o coś więcej. O moje fatum.
Dobity, zrelacjonowałem historię bateryjek i fatum Walijczykowi, który nagle przypomniał sobie o latarce, którą zawsze nosi w plecaku.
Serwerownię mamy zlokalizowaną przy kuchni, którą dzielimy z jeszcze jedną firmą. Szedłem sobie spokojnie, świecąc latarką pod nogi, gdy nagle usłyszałem przerażający wrzask. To babka z firmy obok szukała w kuchni soku w lodówce, świecąc sobie komórką. Odwróciła się i nagle zobaczyła mnie, bezszelestnie poruszającą się zmorę, której w głowie na pewno tylko jedno siedzi: porwanie butelki z sokiem. Każdy by się wydarł.
Potem poszło już szybko. Dysk do plecaka, plecak na plecy, plecy na rower i 10min później jestem w domu. Podłączam dysk, przesyłam dane, w międzyczasie rozwiązuje miliony problemów, bo a to nie znam hasła, a to się wolno przegrywa, a to nie ma takich ustawień, co to zawsze były, a teraz się zmyły. Kończę robotę, zaczynam sprawdzać, czy wszystko na pewno ok, zanim przełączę serwisy na sprzęt w Stanach… i dzwoni Walijczyk, że już jest prąd.
Odłączam dysk, dysk do plecaka, plecak na plecy, plecy na rower, i 10min później jestem w firmie. Wszystko działa, oprócz jednego serwera. Oczywiście, zgodnie z prawem Murphy’ego, tego najważniejszego.
Wyjmujemy z Walijczykiem serwer z szafy, serwer jest duży, naprawdę duży, i do niesienia po potrzeba dwóch bardzo silnych mężczyzn. Albo Walijczyka i mnie.
Po krótkiej szamotaninie, stawiamy serwer na dużym stole i zaczynam operację. Czuję się jak chirurg.
Teraz małe wyznanie. Ja się na serwerach znam tak samo dobrze, jak na obieraniu ziemniaków. Tzn. widziałem parę razy z boku, jak ktoś ziemniaki obiera, wygląda to prosto, trochę się człowiek upaprze, ale zawsze idzie do przodu, ale ja znam życie i wiem, że nie ma rzeczy na tyle nieskomplikowanych, żebym nie dał rady ich jeszcze mocniej zapętlić.
Pocę się więc nad tym serwerem jak mysz, a tu wchodzi szef J (który właśnie wrócił z Grecji, ale to może na inny wpis się nadaje) z pytaniem, czy ten cały bałagan ma coś wspólnego z tym, że on nie może odebrać poczty. Widząc moją entuzjastyczną reakcję szef J wyrozumiale się wycofuje. Tutaj należy wyjaśnić, że szef J zatrzymał się w poznawaniu komputera jakieś 10 lat temu. Tzn. umie obsługiwać swój laptop, ale np. nie używa myszy. Myszy są zwodnicze, mają przyciski, kable, a nawet, co już pachnie kryminałem, niektóre wyposażone są w kółka do przewijania, i ja rozumiem, że to może przerażać. Więc co ja mojemu szefowi będę mówił, że poczta to jest mały pikuś, bo aktualnie ŻADEN z naszych serwisów nie działa, i jak za chwilę zaczną dzwonić klienci, to jesień średniowiecza będzie miłym okresem historycznym w porównaniu do tego co nas czeka.
Do 15-tej moje fatum rozkręcało się radośnie, ale już nie mam siły o tym pisać.
A Małżowina się pyta, co ja dzisiaj tak słabo wyglądam.
Najnowsze komentarze