Smutek wielki, muszelki

No niestety. Powiem szczerze i z dużym bólem, ale ostatnio, z powodu ogromnej ilości pracy w firmie, nie jestem w stanie wyrabiać się z pisaniem bloga. Smutne to, bo jakże przyziemne, że nie mogę powiedzieć moim szefom „do widzenia, ja wolę pisać bloga”. Bo może nawet i wolę, ale móc – nie mogę.

Chwilowo więc zawieszam moją jakże interesującą działalność epistolograficzną. Proszę, niech nikt nie płacze. Niech nikt się nie rzuca ze skarp, nie rozdziera szat, nie topi smutku w alkoholu. Bo, jak śpiewa Kazik, ja tu jeszcze wrócę.

Na zdjęciu: Ja tu jeszcze wrócę.

Londyńczycy są twardzi

Jakby jeszcze kto nie wiedział, metro w Londynie strajkuje. To, co się dzieje, przechodzi po prostu ludzkie pojęcie. Małżowina jechała dziś z pracy nieco ponad 1.5h, korzystając z dwóch autobusów oraz pociągu. To jednak jest i tak słaby wynik w porównaniu do koleżanki L, której podróż zajęła 4h. Na ulicach horror. Kilometrowe korki, w autobusach tłok taki, że na niektórych przystankach nawet się nie zatrzymują. Widać wyraźnie, co by było gdyby w Londynie nie było metra. Cytując klasyka, nie byłoby bandyctwa, nie byłoby łachmactwa, nie byłoby niczego.

Londyńczycy radzą sobie z tym armagedonem całkiem nieźle, wszyscy są twardzi jak kurs funta szterlinga, część nawet przerzuciła się na chodzenie. Podobno widok na głównym moście Londynu w okolicach ósmej rano jest niezapomniany. Tysiące, dosłownie, mężczyzn wyglądających niemal identycznie – czarny garnitur, jasna koszula, krawat i czarna teczka w ręku.

Na zdjęciu: Należy to przemnożyć przez 1000, i będzie się miało wyobrażenie o sytuacji na London Bridge.

Bo bycie Londyńczykiem oznacza bycie twardym. Boleśnie przekonujemy się o tym codziennie z szefem A, kiedy zamiast pysznych kanapek na lunch, wypijamy po kubeczku zupy. Nie to, że jesteśmy chudzi inaczej, szerocy, mamy grube kości, czy mało sie ruszamy. Ustalmy, że lubimy tą cholerną zupę, tak będzie lepiej. Dla wszystkich.

Wcześniej pił z nami zupkę także szef J, ale od kiedy przez pomyłkę wlał mleka do kubków z rosołem, bo myślał że to herbata, już nie należy do naszego klubu. Co ciekawe, szef J i szef A wypili te swoje breje. Bo, cytując kolejnego klasyka, twardym trzeba być, nie mientkim.

Zdjęcia z Walii

Krótki dziś wpis, kilka zdjęć z Walii, żeby popsuć krwi czytającym. Komentarze, że jesteśmy szczęściarzami i że to nie jest sprawiedliwe, że my tam byliśmy a inni nie, mile widziane.

Na początek dwa zdjęcia z tego samego miejsca (nasze pierwsze miejsce biwakowe), zrobione w odstępie 12 godzin. Choć może tego nie widać z tej odległości, to różnica w poziomie wody sięga dobrych czterech metrów, co powoduje, że morze cofa się 300m. Bo zawsze człowiekowi wiatr w oczy i morze w głąb.

plaza1.jpg
plaza1.jpg

I reszta zdjęć, zachęcam do klikania, pojawią się powiększenia.

plaza1.jpg
plaza1.jpg
plaza1.jpg
plaza1.jpg

Zdjęcia użyczył życzliwy Matti, który nie rusza się bez swojego aparatu fotograficznego, dzięki czemu mogliśmy spokojnie zająć się transportem kanapek i innych ważnych rzeczy.

Chwilę nas nie będzie

Małżowina jest właśnie w szale pakowania plecaków, czyszczenia karimat, dywagowania, który nóż lepiej wziąć, i czy aby na pewno jest ostry, że buty to raczej takie górskie chyba by trzeba, ale na szczęście mamy, że kurtki, że może być zimno, ale może i ciepło, że kąpielówki, że ściereczka do położenia na stole, że garnek, a jak garnek to który… a ja mam 5 minut wolnego.

Więc siedzę i piszę, że chwilę nas nie będzie, bo jedziemy, bo wyjeżdżamy, ale nie na długo, tylko na 4 dni, ale to i tak dużo, i że ładna pogoda jest, i może tak będzie dłużej, i że zdjęcia załączam od ludzi którzy tam byli, i że Walijczyk mi najważniejsze rzeczy opowiedział, bo tam się urodził, chociaż tam nie mieszka, ale jeszcze pamięta, i że tam zawsze pada, no chyba że jest ładna pogoda, i żebyśmy uważali na siebie, i żebym pozdrowił miejsce jego dzieciństwa od niego, bo on już dawno tam nie był, ale jeszcze się kiedyś wybierze. I dzieciom swoim pokaże.

Uff… Teraz tylko zdjęcia, i to już koniec mojej przerwy.

5 rzeczy, które zabierają czas

Lista 5 rzeczy, które poza tak zwanym życiem i tak zwaną pracą zabierają mi najwięcej czasu:

1. Odchudzanie. Czyli myślenie o tym, co mógłbym, ale nie mogę, a co mogę, ale nie chcę.

2. Sprawdzanie co 15 minut, czy na onecie, gazecie, wykopie i facebooku nie pojawiło się coś nowego, godnego zainteresowania.

3. Stanie przed półką w Tesco wymyślając co dzisiaj na obiad. Zwykle wygrywają kulki z wołowiny + makaron. Pyszne.

4. Czekanie aż Małżowina skończy gadać przez telefon, żeby jej coś ciekawego opowiedzieć. Bo jak przestaję czekać, zapominam co miałem przekazać.

5. Wymyślanie tematów do bloga. Jak widać, wpis jest o 21.41.

A na zdjęciu: zegarek marzenie:

Co ja tak słabo wyglądam

A dzisiaj otwieram drzwi Małżowinie, a ona się pyta, co ja tak słabo wyglądam. Ja jej na to, że właśnie dwie minuty temu przyjechałem na rowerze. No i że miałem ciężki dzień.

Zaczęło się w okolicach 11-tej, gdy nagle zgasło światło. Jest sezon urlopowy, w firmie byłem tylko ja i Walijczyk, który akurat prowadził szkolenia. Zapanowała absolutna cisza, wszyscy zamarli bojąc się ruszyć (w sali nie ma okien, więc panowała tam ciemność doskonała). Walijczyk odczekał odpowiednią chwilę i zaczął szybko powtarzać Tylko nie wpadajmy w panikę! Tylko nie wpadajmy w panikę! Oczywiście zrozumiałem aluzję i jak skończył, drżącym głosem powiedziałem w ciemność Zawsze wyłączają światło, zanim zaatakują. Paru kursantów nerwowo się zaśmiało… Lubię Walijczyka, bo z nim takie numery przechodzą.

Ponieważ do wizyty elektryka mieliśmy ponad godzinę, Walijczyk rozgonił kursowe towarzystwo i wybraliśmy się na kawę. Po powrocie okazało się, że prąd wysiadł na całej ulicy i że nie zapowiada się, żeby awarię usunęli zbyt szybko. W firmie mamy własną serwerownię, ale przy braku prądu nie jest ona zbyt przydatna, więc mamy także zakupiony malutki serwer w USA, który został zamówiony na takie właśnie okazje. Kłopot w tym, że dysk zapasowy z aktualnymi danymi jest w gościnnej jak ciemna przestrzeń pod łóżkiem serwerowni. Poszedłem więc poszukać latarki.

Na przeciwko firmy mamy pizzerię. Właściciel, uroczy człowiek, wymienił ze mną parę poglądów na temat elektryczności, jej dostawców i ekip naprawczych. Przy okazji wyszło, że nie jestem taki specjalnie do tyłu w dziedzinie przekleństw. Latarki nie miał, ale powiedział mi, gdzie mogę ją kupić.

Do sklepu szedłem spory kawał, więc upewniłem się zakupiwszy latarkę, że producent dodał do niej także bateryjki. W firmie okazało się, że latarka nie świeci. Wtedy właśnie zacząłem się orientować, że dzisiaj nie jest mój dzień. Poszedłem więc kupić dobre baterie, na szczęście tylko do sklepiku obok. Jak wróciłem i założyłem nowe, latarka nie raczyła zaświecić. Więc chyba chodziło tu o coś więcej. O moje fatum.

Dobity, zrelacjonowałem historię bateryjek i fatum Walijczykowi, który nagle przypomniał sobie o latarce, którą zawsze nosi w plecaku.

Serwerownię mamy zlokalizowaną przy kuchni, którą dzielimy z jeszcze jedną firmą. Szedłem sobie spokojnie, świecąc latarką pod nogi, gdy nagle usłyszałem przerażający wrzask. To babka z firmy obok szukała w kuchni soku w lodówce, świecąc sobie komórką. Odwróciła się i nagle zobaczyła mnie, bezszelestnie poruszającą się zmorę, której w głowie na pewno tylko jedno siedzi: porwanie butelki z sokiem. Każdy by się wydarł.

Potem poszło już szybko. Dysk do plecaka, plecak na plecy, plecy na rower i 10min później jestem w domu. Podłączam dysk, przesyłam dane, w międzyczasie rozwiązuje miliony problemów, bo a to nie znam hasła, a to się wolno przegrywa, a to nie ma takich ustawień, co to zawsze były, a teraz się zmyły. Kończę robotę, zaczynam sprawdzać, czy wszystko na pewno ok, zanim przełączę serwisy na sprzęt w Stanach… i dzwoni Walijczyk, że już jest prąd.

Odłączam dysk, dysk do plecaka, plecak na plecy, plecy na rower, i 10min później jestem w firmie. Wszystko działa, oprócz jednego serwera. Oczywiście, zgodnie z prawem Murphy’ego, tego najważniejszego.

Wyjmujemy z Walijczykiem serwer z szafy, serwer jest duży, naprawdę duży, i do niesienia po potrzeba dwóch bardzo silnych mężczyzn. Albo Walijczyka i mnie.

Po krótkiej szamotaninie, stawiamy serwer na dużym stole i zaczynam operację. Czuję się jak chirurg.

Teraz małe wyznanie. Ja się na serwerach znam tak samo dobrze, jak na obieraniu ziemniaków. Tzn. widziałem parę razy z boku, jak ktoś ziemniaki obiera, wygląda to prosto, trochę się człowiek upaprze, ale zawsze idzie do przodu, ale ja znam życie i wiem, że nie ma rzeczy na tyle nieskomplikowanych, żebym nie dał rady ich jeszcze mocniej zapętlić.

Pocę się więc nad tym serwerem jak mysz, a tu wchodzi szef J (który właśnie wrócił z Grecji, ale to może na inny wpis się nadaje) z pytaniem, czy ten cały bałagan ma coś wspólnego z tym, że on nie może odebrać poczty. Widząc moją entuzjastyczną reakcję szef J wyrozumiale się wycofuje. Tutaj należy wyjaśnić, że szef J zatrzymał się w poznawaniu komputera jakieś 10 lat temu. Tzn. umie obsługiwać swój laptop, ale np. nie używa myszy. Myszy są zwodnicze, mają przyciski, kable, a nawet, co już pachnie kryminałem, niektóre wyposażone są w kółka do przewijania, i ja rozumiem, że to może przerażać. Więc co ja mojemu szefowi będę mówił, że poczta to jest mały pikuś, bo aktualnie ŻADEN z naszych serwisów nie działa, i jak za chwilę zaczną dzwonić klienci, to jesień średniowiecza będzie miłym okresem historycznym w porównaniu do tego co nas czeka.

Do 15-tej moje fatum rozkręcało się radośnie, ale już nie mam siły o tym pisać.

A Małżowina się pyta, co ja dzisiaj tak słabo wyglądam.

Ja tu czegoś nie rozumiem

Dzisiaj będzie politycznie. Rzadko jest, ale od czasu do czasu tak mnie strzela, że się muszę podzielić z tym co mi na wątrobie leży, bo inaczej wybuchnę albo co.

Ja tu czegoś nie rozumiem. Trzy fakty:

1. Hubert H., bezdomny bywalec Dworca Centralnego w Warszawie, podczas legitymowania go przez Policje, puszcza wiązankę pod adresem Prezydenta. Prokuratura wszczyna śledztwo, a sąd, ponieważ nie może ustalić adresu zamieszkania, wysyła za nim list gończy.

2. Emeryta, który wysyłał do swoich znajomych, w poczcie elektronicznej, obrazek z dwoma kaczkami – aniołkami i podpisem „A teraz kochani wyborcy… pocałujcie nas w kupry!” prokuratura wezwała na przesłuchanie, a jego mieszkanie zostało przeszukane.

3. Księdza Rydzyka, który publicznie stwierdził, że Prezydent jest kłamcą, niezbyt uroczo wyraził się o małżonce Prezydenta (co raczej nie jest karalne), prokuratura zostawia w spokoju.

Żeby było jasne: we wszystkich tych trzech przypadkach powinno się tych ludzi zostawić w spokoju. Każdy powinien mieć prawo do swobodnego wyrażania swoich poglądów (i do brania za to odpowiedzialności), niezależnie o kim mówi.

Tylko że nagle okazuje się, że można być w Polsce wyrozumiałym wobec krytyki Prezydenta, ale tylko w pewnych momentach, i tylko wobec niektórych osób.

I tego właśnie nie rozumiem. Albo może nawet rozumiem, ale się absolutnie nie zgadzam.