Zobaczyliśmy morze

Jak zapowiadaliśmy wczoraj, dziś rano, skoro świt o 11-tej, wyruszyliśmy nad morze.

Dworzec kolejowy w Brighton powitał nas kolejką do ubikacji mogącą się równać jedynie z tą z Mikołajek, w ciepłą, mazurską noc, gdy załogi kilkuset jachtów miały do swojej dyspozycji tylko tawernę „Pod złamanym pagajem”. Odstaliśmy swoje, i lżejści o 20 pensów od głowy wyruszyliśmy szukać wielkiej wody.

Plażę zlokalizowaliśmy bez trudu (z dworca kolejowego trzeba przejść jakieś 50m i już widać morze). Dotarliśmy na miejsce i usiedliśmy na brzegu. Obawy, że ktoś może nam przeszkadzać okazały się pozbawione wszelkich podstaw. Huk fal był tak duży, że człowiek nie usłyszałby 50 osobowej wycieczki z przedszkola, nawet gdyby stał dokładnie w jej środku. A wiatr wyrywający torby z rąk odstraszyłby każdego amatora grillowania. No dobra, z tym wiatrem to lekka przesada, ale ryk fal był naprawdę głośny.

Usiedliśmy i w milczeniu kontemplowaliśmy przyrodę, oraz pewnego pana, który postanowił się wykąpać. Nasz kolega z Łodzi mieszka koło Placu Wolności, i często wychodzi z gośćmi podczas sylwestra na plac, popatrzeć jak się ludzie bawią. Kolega twierdzi, że zawsze znajdzie się w tłumie jakiś twardziak ubrany tylko w siatkowy podkoszulek. Taki właśnie twardziak próbował dzisiaj swoich sił z falami. Jedyny, na całych 10km wybrzeża.

W międzyczasie rozłożyliśmy śpiwór, i zaszczyciłem tubylców widokiem mojego nieopalonego ciała w kąpielówkach. Nie spodziewałem się jakiś żywiołowych reakcji publiczności, i słusznie, typowa angielska flegma i tym razem nie zawiodła. Natomiast twardziak zdołał wzbudzić zainteresowanie pana ratownika:

Pamela ze Słonecznego Patrolu, wersja angielska.

Na plaży zaczął się powoli lekki ruch, pojawiało się coraz więcej ludzi, i o dziwo, coraz więcej z rowerami. Po pewnym czasie zagadka się rozwiązała, okazało się, że dziś odbywał się wielki maraton rowerowy London – Brighton. Po pewnym czasie zziajani i spoceni zawodnicy zdominowali to w sumie nie tak wielkie miasteczko, byli po prostu wszędzie.

Jeden z zawodników. Jak widać, nie tylko ja uważam, że to nie kolor, ale człowiek ustala, które skarpety są do pary.

Spędziliśmy trochę czasu na plaży, potem powałęsaliśmy się chwile po mieście, zjedliśmy obiad i pojechaliśmy do domu. Dwie historie warto odnotować.

Po pierwsze, na nasz widok (lansowaliśmy się akurat w okularach przeciwsłonecznych) jakieś dwie siksy angielskie zaczęły do siebie szeptać:

To ona! Mówie Ci, to ona!

– Nie, to nie ona!

– No przecież ona, popatrz…

To samo zresztą spotkało nas, jak wysiadaliśmy z pociągu już w Londynie… Małżowina zaliczyła więc dzień na plus.

A druga historia: Jeszcze zanim zwineliśmy się z plaży, do twardziaka podeszła jego paczka, z wyraźnym zamiarem wyciągnięcia go z wody. A twardziak, na widok kolegów, krzyknął w języku Reja:

– Krzychu, zoba, zoba, nie mam tu gruntu!

Reklamy

1 Response to “Zobaczyliśmy morze”


  1. 1 kariatka Czerwiec 18, 2007 o 8:32 am

    wyczerpujaca relacja :D
    ajc tez mi sie teskni za morze, polskim bo polskie znam ;) ale nie powiem, ze nie chcialabym pobyc np nad jakims innym :D najlepiej w jakis egotic krajach :D


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s





%d blogerów lubi to: