Przyjechała Bernadeta

Dzisiejszy dzień minął mi pod znakiem Czarnej Bernadety.

Tych wszystkich, którzy z oburzenia wstrzymali oddech, uprzejmie informuję, że Czarna Bernadeta to nie jest nasza nowa sekretarka, tylko mój nowy krążownik szos, poskramiacz odległości, bicz na spóźnienia, pan i władca czasu i przestrzeni, początek i koniec każdej podróży zarazem. Mój piękny rower.

Zaczęło się dosyć niewinnie, jeszcze przed lunchem, od telefonu z recepcji, że jakaś wielka paczka dla Mister Lukacz czeka, i nikt nie chce jej znieść na dół do nas, bo jest za ciężka. Pomyślałem sobie wtedy, że jest nieźle, skoro mój składany (w domyśle: przenośny) rower jest na tyle ciężki, że nie można go ruszyć z podłogi. Na szczęście, okazało się, że to głównie chodziło o paczkę, która była bardziej nieporęczna, niż ciężka.

Niestety, z rozpakowaniem mojej piękności musiałem czekać aż do lunchu, bo szef niezbyt radośnie podchodził do pomysłu sprawdzenia, co też tam może w tym pudełku być. Wspomniał coś o niepłaceniu za prywatne hobby w godzinach pracy, coś o byciu bezczelnym, takie tam zwykłe szefowe gadki w stylu się przecież lubimy, więc może dla odmiany trochę popracuj.

Podczas lunchu silna ekipa pod wezwaniem, w składzie: koleżanka R, Walijczyk i ja, dokonała demontażu opakowania i naszym oczom ukazała się Ona. Piękna, czarna, i potwornie niedokręcona. Po wnikliwych oględzinach określiliśmy ilość pracy potrzebnej do uruchomienia tego lewiatana na kilka – kilkanaście godzin, więc zgodnie zaprzestaliśmy jakichkolwiek działań, i pogrążyliśmy się w dyskusji nad możliwym imieniem.

Dosyć szybko doszliśmy do porozumienia, że musi to być imię żeńskie. Padały rozmaite propozycje. Była Hermiona (dziewczyna Harry Pottera). Erica. Fleur. Zwariowana Diana. Słodka Suzi (bardzo mi się podobało). Miriam. W końcu stanęło na Bernadecie. I dobrze. Imię trochę podobne do Berty (taka armata chyba była), trochę do Bernardyna – w sumie wypisz wymaluj moja bestia.

Ponieważ rower wymagał mnóstwa uwagi, zaraz po pracy ochoczo zabrałem się za odkręcanie, dokręcanie, sprawdzanie, nakręcanie, i ustawianie wszystkich podzespołów, powolutku, metodycznie, jeden po drugim (nie mogę w to sam uwierzyć, ja – powolutku ?!, metodycznie ?! – ale właśnie tak było). A po godzinie poszedłem do domu, bo trzeba mieć w końcu też jakiś życie.

Na razie, Londynie, możesz spać spokojnie. Ale już za kilka dni…

Reklamy

2 Responses to “Przyjechała Bernadeta”


  1. 1 kariatka Lipiec 18, 2007 o 12:38 pm

    ajc ajc ja tez oplanuje kupic rowe, ale mysle, ze w te wakacje to sie zupelnie nie uda…
    pozdr :D

  2. 2 ramzelsworld.blogspot.com Lipiec 18, 2007 o 9:16 pm

    Dostałeś w pełni przenośny rower!
    Pięć śrubek do lewej kieszeni, pięć do prawe, rama na plecy i koła pod pachy. No i łańcuch na szyję. Nie wiem tylko, co z pedałami zrobić?


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s





%d blogerów lubi to: