Byliśmy w parku

Od rana ładna pogoda była, więc Małżowina zadysponowała wyjście do parku. Jeśli się zna Małżowinę tak długo jak ja, to jej propozycje przyjmuje się bez wielkiego zastanawiania, jako naturalną, otaczającą człowieka rzeczywistość, coś jak prawo fizyki. Kamień rzucony w górę spada. Dziś idziemy do parku.

Małżowina miała ogromną ochotę na ruch, i zaproponowała, że ona będzie biegać, a ja mogę potowarzyszyć jej na rowerku. Ludzki człowiek z tej Małżowiny, ale grzecznie jej odmówiłem. Nie będę tam latał za babą, nawet jeśli rowerem.

Zebraliśmy więc wszystkie nasze sportowe akcesoria (w liczbie trzech: piłeczka, bumerang i ringo), i pięć minut później byliśmy w parku. Piłeczka miała dziś szczęście i przeleżała w plecaku, czego nie można powiedzieć o ringo. Jesteśmy z Małżowiną mistrzami w puszczaniu ringo, szczególnie jeśli liczy się tylko siła rzutu, a nie kierunek czy celność. Z tym że Małżowina jest nieco bardziej mistrzowska niż ja.

Przyszedł także czas na bumerang. Bumerang jest prezentem od koleżanek Małżowiny z pracy, dostanym w intencji naszego powrotu do kraju ojczystego. Powiedzmy sobie szczerze, jeśli od tego bumerangu by to zależało, to zostalibyśmy w Wielkiej Brytanii na zawsze. Lata nawet miło, kręci się w powietrzu aż świszcze, ale żeby chciał wracać – nie da rady. Kombinowaliśmy z rzucaniem pod różnymi kątami, do góry nogami (bumerang, nie my), różnymi rękami i w różne strony – po prostu nie wraca. Czasem tak jakby na chwile zawisa w powietrzu, waha się gdzie polecieć… i zawsze leci do przodu.

Po bumerangu przyszła kolej na gwóźdź programu, czyli Wyczyn Małżowiny. Usiadłem sobie na ławeczce, książeczka w ręku, a Małżowina, po krótkim przygotowaniu psychicznym, Dam radę, Przecież to lubię, No muszę kiedyś zacząć, bo jak nie dziś, to kiedy, rozpoczęła trucht dookoła jeziorka. Obserwowałem jej postępy, biegła wspaniale, stopy stawiane nie za wysoko, ale też i nie za nisko, dobre tempo, brak śladu zmęczenia, wzrok stalowy wbity w przestrzeń przed nią… Po 2/3 okrążenia zdecydowała, że dla niej jezioro już się skończyło, i wróciła spacerkiem.

Jak tylko usiadła, pogratulowałem jej. I sam nie wiem jak, wplątałem się jak guma do żucia we włosy. Otóż sobie tylko znanymi sztuczkami Małżowina wmanewrowała mnie w pokazanie, ile ja bym przebiegł. No przecież każdy wie, że całe jeziorko to dla mnie pikuś, ale żeby mi się tak od razu chciało to udowadniać…

Oto ja, spokojny, skupiony, wzrokiem lustrującym czekająca na mnie drogę. Staram się zapamiętać każdy zakręt, każdą trudność. W moim wieku, i przy moim doświadczeniu w bieganiu wie się, że kluczem do zwycięstwa jest nie trening, ale przygotowanie trasy. Przebiec trasę może każdy. Ale pokonać dystans rozsądnie, mierząc siły na zamiary, i swoim biegiem pokazać coś, udowodnić, może tylko wytrawny sportowiec. Taki jak ja.

Start.

Biegnie się lekko. Co ona taka zziajana przybiegła?! Tak to ja mogę biegać i do rana.

1/3 okrążenia.

No trochę czuję nogi. I mam problemy z oddechem. Jako to było? Pięć kroków i jeden oddech? Nie, chyba dwanaście kroków i dwa oddechy? A może myli mi to się ze schematem pierwszej pomocy? Od-dy-chaj! Od-dy-chaj!

2/3 okrążenia.

Panowie z wędkami patrzą się na mnie, jakby zobaczyli ufoka. Odwzajemniam.

Przechodzę z kurcgalopka na świński trucht.

3/4 okrążenia.

Krzaki! Małżowina nic nie widzi. Krok spacerowy. Płuca szepczą „Dziękujemy”.

Dwadzieścia, trzydzieści kroków i znów bieg. Za chwilę widzę Małżowinę. Przybiegam na miejsce.

Oczywiście, sukces mężczyzny życia Małżowiny zostaje powitany niemym zachwytem w oczach. Nie ma dziewczynek z kwiatami, chleba z solą, medali i szampana, ale wybaczam. Najwyraźniej nie spodziewała się, że dobiegnę. Zmieniam zdanie i nie wybaczam. Ale w sumie oszukiwałem. Zmieniam zdanie, wybaczam.

A potem mówię, jak było naprawdę, całą tę historię z krzakami.

A potem idziemy do Tesco, ja biorę pizze a Małżowina talerz kluch z greckimi specjałami. Bo nie tylko sportem człowiek żyje.

Reklamy

6 Responses to “Byliśmy w parku”


  1. 1 ramzelsworld.blogspot.com Lipiec 22, 2007 o 10:27 pm

    Ja bym ten bumerang do reklamacji odniósł. Bo jakiś felerny jest. Miałem kiedyś też coś takiego i mój grzecznie do mnie wracał. Choć z drugiej strony, ten Wasz może być po prostu wyrocznią, ze względu na intencję z jaką został wręczony. Swoją drogą, to nie wiem, czy bym się nie obraził, gdyby ktoś powiedział mi, że mam do kraju wracać. ;) No i nie wiedziałem, że bumerang nogi ma. To jakiś mutant?

    „brak śladu zmęczenia” vs „Co ona taka zziajana przybiegła?!” hmmm…

    „zostaje powitany niemym zachwytem w oczach” ja bym się przestraszył, gdyby oczy zaczęły mówić ;)

  2. 2 miniu Lipiec 22, 2007 o 10:44 pm

    Oj Ramzel, Ramzel… :)

    Co do bumerangu, jego nóg, i niemego zachwytu w oczach, to mam na to licentia poetica i tyle. Język żywy musi być.

    A co do tego “brak śladu zmęczenia” vs “Co ona taka zziajana przybiegła?!”… Jedno jest opisem obiektywnym, drugie subiektywnym… A że to dotyczy kobiety, gentleman by się nie czepiał…

    A co do ojczyzny, to bumerang bumerangiem, a my z Małżowiną swoje wiemy. I tyle :)

  3. 3 ramzelsworld.blogspot.com Lipiec 22, 2007 o 11:34 pm

    A są gdzieś jakieś kursy na „licentia poetica”? Bo chętnie bym się zapisał. Wtedy może moje teksty czytałoby się równie miło i przyjemnie jak Twoje…

  4. 4 miniu Lipiec 23, 2007 o 8:10 am

    No są takie kursy… „Jak na zawsze pozbyć się blokady przed pisaniem i poznać sekrety najlepszych copywriterów w 2 dni?” -> http://www.netcoaching.pl/kurs/Copywriting

    Ale wiesz… Nie ma takiej szkoły życia jak życzliwe uwagi Małżowiny… „Łukasz, to jest bez sensu”, „To nie jest po polsku”, „Trochę tu przynudzasz, misiu”, i najgorsze: „No to nie jest jakoś bardzo złe…”.

  5. 5 ramzelsworld.blogspot.com Lipiec 23, 2007 o 2:53 pm

    Eeeee… Ten kurs to już nie dla mnie. Jest on bowiem skierowany do tych, którzy nie mogą się zebrać, by coś samodzielnie napisać. A ja już piszę. Prowadzę bloga od ponad miesiąca i interesuje mnie raczej poszerzanie umiejętności(?) niż ich zdobywanie. Ale dzięki za info. :)

    Pewnie i tak najskuteczniejsze okaże się stare pożekadło, że „trening czyni mistrza”!

    Nawet w bieganiu!
    I tym oto sposobem zgrabnie i sprytnie powróciłem do głównego tematu posta. :D

  6. 6 miniu Lipiec 23, 2007 o 3:53 pm

    Bardzo zgrabnie i bardzo sprytnie :)


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s





%d blogerów lubi to: