Pasztet z zająca

Dzisiaj podczas lunchu jakoś tak zgadało się o tym, że koleżanka R jest wegetarianką. Jej wegetarianizm wziął się stąd, że jak miała sześć lat, wpadła w jej ręce książka o uboju zwierząt hodowlanych. I od tego czasu nie tknęła mięsa. Nie chcę się tam dokładnie zagłębiać w wiek koleżanki R, ale w jej przypadku to oznacza przynajmniej 20 lat bezmięsności. Szacunek.

Nie bylibyśmy jednak z szefem A sobą, gdybyśmy zostawili tak ciekawy temat bez odpowiedniego komentarza. Ostatnio na nowo odkryłem piękno trybów warunkowych w języku angielskim, więc zacząłem przygotowywać grunt pytaniami konkretyzującymi, w stylu: czy jakby jechała samochodem, i zderzyła się jeleniem, i ten jeleń by nie przeżył, to czy by mogła zjeść z niego pieczeń? Albo: czy jakby płynęła łódką, i latająca ryba wskoczyła do tej łódki, i koleżanka R by tego nie zauważyła, i ta ryba upiekłaby się na słońcu, to czy ona by ją zjadła? Albo: czy gdyby gotowała sobie zupę na biwaku, i ktoś siedzący obok przez przypadek wrzuciłby do tej zupy krewetkę, i ta krewetka by się ugotowała w tej zupie, to czy tę zupę by zjadła?

Po kilku tego typ pytaniach, koleżanka R, co jest całkowicie zrozumiałe, szczególnie jeśli się zna moją dociekliwość, zaczynała okazywać lekkie poddenerwowanie. Drżały jej dłonie, zaczęła mieć lekką chrypkę, wobec czego pałeczkę przejął szef A, opowiadając niezwykle ciekawą historię z morałem.

Otóż kilka lat temu wybrał się z żoną i dziećmi na spacer do lasu. Przy okazji postanowił pokazać swojemu synkowi, jak się strzela z procy. Jak sam twierdzi, w strzelaniu z procy jest beznadziejny, zatem w ramach rekompensaty dla swojego ego, zakupił sobie procę profesjonalną. Taką, która niesie dalej niż oczy widzą. Moje pytanie, czy jakby był w Dover, i strzelił w poprzek kanału La Manche, i jakby tak akurat nie wiało, to czy ta kulka doleciała by do Calais, pozostało bez odpowiedzi.

Szli więc sobie całą rodziną ścieżką w lesie, gdy przed nimi, jakieś 50m, zobaczyli zająca. Szef A, żeby się popisać, wycelował w biedne zwierzę, napiął procę, i… trafił! Nie wiadomo jakim cudem, ale trafił, i położył zająca trupem na miejscu.

Dzieci w ryk, bo w końcu to żywe stworzenie, żona wściekła, a szef A w szoku. Po pewnym czasie doszedł do siebie, z żoną uspokoili dzieci tłumacząc, że to na pewno nie była mamusia-zając, tylko zając-niedobruch, co to na pewno bił inne zajączki, i trudno, widocznie taki miał go koniec spotkać. A potem uradzili, że w końcu zając martwy, i żeby jego śmierć nie poszła na marne, to zrobią z niego pasztet. I tak zrobili. Serio serio.

Powiem tylko tyle: koleżanka R przez długi czas dochodziła dzisiaj do siebie po lunchu.

Advertisements

2 Responses to “Pasztet z zająca”


  1. 1 ramzelsworld.blogspot.com Lipiec 31, 2007 o 12:06 am

    A czy koleżanka R jajka jada? Sery?
    Bo jeśli tak, to nie jest wegetarianką a jaroszem!
    Jarosze nie jedzą mięsa a wegetarianie nic pochodzenia zwierzęcego.

    I jeszcze pytanie na które od dawna poszukuję odpowiedzi:
    No bo wszyscy wiemy, że pasztet zajęczy, ale co trzeba zrobić, by zajęczał?

  2. 2 miniu Lipiec 31, 2007 o 8:19 am

    A faktycznie, może ona jest jaroszem, a nie wegetarianką. Bo sery wcina aż miło.

    A żeby pasztet zajęczał… Trzeba go czymś zasłonić, poczekać aż osowieje, a potem nagle trach! dać mu sójkę w bok, i pasztet zbaranieje, i zajęczy…


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s





%d bloggers like this: